Kontakt

50-lecie ukończenia studiów AM Kraków 1956-1961
Komitet Organizacyjny: (e-m i telefony)
Olgierd Smoleński    olgierd.smolenski@fmc.pl    607 237 290
Franciszek Serwatka
Zdzisław Ryn
Sekretariat Zjazdu:
Danuta Maliszewska-Sobieraj    danuta.maliszewska@fmc.pl    788 684 234
poniedziałek i czwartek    12 64 68 565
Opłata zjazdowa:    150 zł
Udział w bankiecie:    250 zł
Wpłacenie powyższych kwot na konto banku jest automatycznie zgłoszeniem udziału.
 Termin wpłat do 15 maja 
Wpłaty należy kierować na:
Danuta Maliszewska-Sobieraj
31-422 Kraków, Strzelców 15 A/63
nr konta:   PL 11 1240 4588 1111 0010 3779 9051
swift:   PKO PPL PW
tytułem: ZJAZD ABSOLWENTÓW AM 1956-61
ZAKWATEROWANIE WE WŁASNYM ZAKRESIE

Bardzo prosimy również o nadsyłanie:
zdjęć z naszego życia studenckiego na e-mail mzryn@cyf-kr.edu.pl
oraz wspomnień na e-mail mareks@cm-uj.krakow.pl

Istnieje możliwość zwiedzenia Collegium Maius.
Zgłoszenia proszę przysyłać na e-mail: mzryn@cyf-kr.edu.pl lub listownie.



 PROGRAM NA 18 CZERWCA 2011 R. 
09:00 - Kolegiata Św. Anny
Msza Św.
10:00 - Collegium Nowodworskiego
Zdjęcie pamiątkowe
10:30 - Aula UJ Collegium Novum
Wystąpienie Prorektora ds.Collegium Medicum Prof. Wojciecha Nowaka
Prof. Zdzisław Gajda: Idąc ulicą Kopernika (wykład)
Wręczenie dyplomów przez J.M. Rektora UJ Prof. Karola Musioła
13:00
Spotkanie przy lampce szampana
19:00 - Hotel pod Różą ul. Floriańska 14
Wspomnień czar – piosenki kabaretu CYRULIK
Wystawa naszych zdjęć
Bankiet

Kraków, 17 IV 2k11
Kochane Koleżanki i Koledzy.

Od kilkunastu dni coś mnie gryzie. Próbowałem kilka razy zidentyfikować przyczynę zgryzot sumienia i wreszcie odnalazłem przyczynę tej dolegliwości.

Oto od dawna nie napisałem do Was ani jednego słowa.

Na początku pomyślałem, a o czym mam pisać? Może takie pisarstwo to bezczelność, albo skłonność do grafomanii? Ale jednak, po dłuższej walce wewnętrznej, doszedłem do wniosku, że jednak przeleję na „dokument w Wordzie” (dawniej mówiło się „na papier”) kilka moich myśli. Wybaczcie, że piszę.

Moi Drodzy,

Głęboko wierzę, że jest jakiś powód dla którego Stwórca trzyma nas na tym (łez) padole. Tylu naszych Koleżanek i Kolegów od nas odeszło. Wracam do nich stale. Mam wielu z nich w mojej żywej pamięci, a świadomość, że już ich nie spotkam ani w pracy, ani przypadkiem na ulicy, jak to bywało, uwiera mnie jak drzazga. Czemu więc jeszcze jesteśmy? Pewnie mamy coś jeszcze zrobić. Pamiętam o tym co piątek, przenosząc kolejną partię moich książek do Wojewódzkiej Biblioteki na Rajskiej, a książki medyczne do Biblioteki Medycznej na ul Medycznej 7. Z każdą książką żegnam się jak z cząstką mojego dogasającego żywota, ale robię to, bo wierzę w ludzi. Wierzę, że szanowna bibliotekarka nie wyśle tej i tamtej książki na przemiał, jako staroci, a monografię o twierdzeniu Gödla, ktoś kiedyś jeszcze przeczyta i rozjaśni mu się w głowie, jak mnie rozjaśniło się przed laty. Nosząc te książki do bibliotek spłacam mój dług. Tyle lat nie było mnie stać na zakup książek. Siedziałem w Czytelni i czytałem, czytałem, czytałem. Może ktoś kiedyś wypożyczy jedną z tych książek? Może są stare, ale wcale nie są przestarzałe. Są natomiast świadectwem jaką drogą podążała nauka i wiedza medyczna.

Ciekawi mnie czy też tak myślicie? Czy nawiedza Was refleksja jakim przemianom podległa medycyna w ciągu tych głupich 50 lat, od czasu gdy byliśmy po prostu Absolwentami?

Nie o tym chcę do Was pisać. Ten temat znacie o niebo lepiej niż ja- prowincjonalny diagnostyk na obrzeżach Krakowa (jak nie Prokocim, to Nowa Huta). Dziś chcę pisać o Stanisławie Lemie.

Wiecie Moi Drodzy? Miałem w życiu wiele szczęścia. Miałem cudownych nauczycieli. Od szkoły podstawowej uczyły mnie tuzy polskiej pedagogiki z tragiczną postacią Pana Profesora Hajnosa na czele. Szczęściarz jestem! Ale gdybyście mnie spytali komu najwięcej zawdzięczam, to bez wahania powiedziałbym, że Stanisławowi Lemowi.
Mam wszystko co napisał i to w pierwszych wydaniach. Ten komplet zajmie kiedyś należne mu miejsce na półkach Biblioteki. Taki mały, pół-prywatny pomnik Lema. Pewnie zapracowani studenci nie czytaliście zbyt dużo Lema. Ja czytałem. To była moja odskocznia od trudnego i pracowitego życia. Nawet jeszcze w czasach gimnazjalnych. Byłem wówczas w dziesiątej klasie Nowodworka. Wpadł mi w ręce „Obłok Magellana”. Pamiętam moje dyskusje z kolegami:

Tak! Wierzę, że zbudowanie statku międzygwiezdnego jest możliwe. Tak! Wierzę, że zbudowanie zamkniętego eko-systemu na takim statku jest możliwe i da się na nim wiele lat przeżyć podróżując do alfy Centauri, ale passus, że „uczony siedział w parku i na podręcznym komputerze coś obliczał” - to już Panie Lem naprawdę gruba przesada!! To był rok bodaj 1954!

No i jak dzisiaj wyglądam z laptopem wyposażonym w pakiet statystyczny Statsoft for Windows??

A w „Powrocie z Gwiazd” sfrustrowany astronauta przychodzi do kolegów i wysypuje im przed oczy garść kryształów zawierających współczesną wiedzę. A co ja robię wysypując na biurko garść pendriwów z setkami plików w PDF-ie?

Telefonia komórkowa była u Lema już we wczesnej powieści „Astronauci”. Takich zadziwień mamy co krok.

Nie wszyscy lubią Lema, bo to filozof i futurolog ogromnie trudny w czytaniu i rozumieniu. Tak jakby Einstein rozmawiał z uczniem klasy trzeciej. Ale Moi Kochani, czy nie czujecie, że było Wam dane żyć w czasach takiego rozwoju techniki, że Lem byłby także szczęśliwy, że tego dożył? A niestety już jest świętej pamięci.

Moi Drodzy,

Przyznam się Wam, że wspominając w moim eseju Stanisława Lema poszedłem na łatwiznę. Po prostu wykręciłem się sianem, za co Was bardzo przepraszam. Mam ochotę i zamysł napisać Wam parę słów o strasznie aktualnym temacie. O społeczeństwie obywatelskim. Każdy w tej sprawie powinien coś zrobić. Temat ten jest strasznie ważny, ale jak każdy ważny- to prawdziwe pole minowe, poglądów społecznych, religijnych i co gorsza także politycznych. Nie łudźcie się. To, że jeszcze jesteście na tym świcie, to między innymi dlatego, że jak Opatrzność zdecydowała, jeszcze nie spełniliście w tym zakresie swojej roli. Gdybyście nie byli w stanie jej spełnić bylibyście już świętej pamięci. Żyjecie, więc macie jeszcze coś do zrobienia.

Proszę przemyślcie to sobie i przy niskim poziomie adrenaliny poczytajcie o moich poglądach na te sprawy, o ile dobrotliwy Bóg pozwoli mi Wam o tym napisać, a Wy, Drogie Koleżanki i Koledzy zechcecie to przeczytać.

Pozdrawiam Was serdecznie i masę zdrowia życzę na co dzień i na Święta,
Marek Stępniewski



Kraków, 13 II 2k11
Drogie Koleżanki, Drodzy Koledzy,

Parę dni temu w kilka osób przeglądaliśmy u naszego kochanego Starosty, Olgierda Smoleńskiego, listę naszych absolwentów. Każdy podawał nazwiska osób, o których wiedział, że już zmarli. To nie było miłe, proszę mi wierzyć. Na myśl przychodzą słowa księdza Jana Twardowskiego:

„Właściwie stale, żyjąc na ziemi, spacerujemy już po granicy wieczności...”
(Jan Twardowski, Kilka Myśli o Bożym Narodzeniu, Wydawnictwo Św. Wojciech str.29).

Niezależnie, używając zupełnie innych, wręcz prostackich, słów komentowałem tę sprawę członkom Rady Wydziału Farmaceutycznego Collegium Medicum UJ, przy okazji ostatecznego zakończenia pracy w Collegium. Mówiłem mianowicie, że przychodzi czas, że trzeba odejść. Można co prawda wcześniej zejść, a wtedy odejście jest automatyczne, ale przy pewnej dozie szczęścia odejście może o pewien czas wyprzedzać zejście.
Jeśli zaszła taka szczęśliwa okoliczność, a zaszła, skoro czytacie ten tekst, to odstęp czasu między odejściem, a zejściem warto wypełnić z pożytkiem nie tylko dla siebie. Nie wiem jak Wy, ale ja odczuwam głęboką wdzięczność Collegium za dziesięciolecia spokojnej pracy, pozwalającej na spełnienie ambicji zawodowych i zapewniającej mi dostatnie życie.

Nie byłoby to chwalebne, aby za uczuciem głębokiej wdzięczności nie poszły jakieś czyny dokumentujące ich prawdziwość. Najpierw moje podręczniki przekazałem ( ten proces jeszcze nie został zakończony) Bibliotece Medycznej (ul. Medyczna 7). Później wpadł mi do głowy pomysł, aby na serwery Biblioteki przekazać eseje, a zwłaszcza prezentacje w Power Poincie moich licznych wykładów. To dziesiątki prezentacji, setki skanów. Mogą być jeszcze kilka lat użyteczne. Przy okazji uzyskałem akceptację dla tego pomysłu JM Prorektora ds. Collegium Medicum, a Biblioteka szuka nie tyle kilkudziesięciu gigabajtów wolnego miejsca na serwerze, co formuły udostępnienia tych zbiorów.

Jakoś nie mogę pogodzić się z myślą, że w czasie sformatowania dysku, kilka kliknięć myszką potencjalnego spadkobiercy moich twardych dysków odeśle w niebyt lata mojej pracy Chcę to jakoś ocalić dla naszych studentów, a inspiruje mnie do tej pracy cytat z Horacego, upamiętniony na frontonie Kaplicy Cmentarnej na Cmentarzu Rakowickim:

„Non omnis moriar”

Moi Drodzy!
Podchwyćcie ten pomysł! Każdy ma jakieś materiały, jakieś eseje, jakieś ciekawe skany. Czemu ma to przepaść! Niech służy studentom, może nawet asystentom. Jeśli macie chęć, a brak Wam pomocy redakcyjnej, służę wszelką pomocą. Obecnie pracuję nad tekstem na naszą stronę internetową. Sami poczytacie i przypomną się Wam młode lata. Potem ten tekst będzie dostępny dla każdego na stronach Biblioteki. Wtedy sprawdzi się to co głosi napis:

„Nie wszystek umrę”

Pogrzeb będzie skromny i prywatny, ale moje prezentacje będą nadal komuś służyć. Już od dłuższego czasu widząc jak ślęczę nad komputerem, Internetem i skanerem moja Żona pytała: „ po co ty to robisz?” Teraz już mogę odpowiedzieć Jej i sobie, po co to robię.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Marek Stępniewski




Drogie Koleżanki, Drodzy Koledzy.

Wiecie jak to jest. Między neuronami pojawiają się blaszki amyloidu, rozrywają połączenia między neuronami. Wrodzone lenistwo zmniejsza szanse nowych neuronów na przetrwanie. A, aby nowe neurony nie podległy rychłej apoptozie należy je natychmiast obciążyć pracą. Pamiętajcie o tym! Coraz trudniej jest nam się uczyć - twierdzą autorytety. Myślę, że to nieprawda, ale fakt, ze wspomnienia z dzieciństwa są żywsze niż te z ostatnich lat czy miesięcy. Jeszcze w pamięci plątają się wspomnienia z młodości.

Powiększ
Dziedziniec Collegium Medicum UJ w Krakowie

Nie wiem co Wy pamiętacie. Ja osobiście mam wspomnień mało. Może to wina stresu związanego z trudnymi i ryzykownymi studiami. Może konieczność godzenia pracy studenta, wolontariusza w Zakładzie Chemii Fizjologicznej, korepetytora, wykładowcy TWP i w końcu, last, but not least chłopaka pewnej Ewy,- wielu z Was Ją zna, która to Ewa, lekkomyślnie zdecydowała się na małżeństwo ze mną ( i dalej w nim trwa).

Pozwólcie więc, że przypomnę Wam kilka epizodów z naszego życia studenckiego.
*
Z Panią Profesor Ackerman mam związane tylko dwa wspomnienia. Przyspałem chyba na wykładzie, aż obudził mnie gromki śmiech ze 100 gardeł na Sali wykładowej Zakładu Anatomii / Kopernika 12/. Pan Franciszek usiłował połączyć episkop ( pamiętacie jeszcze to ustrojstwo do wyświetlania podstawionych stron podręcznika) z czymś tam. Nie szło mu dobrze, co Pani Profesor skwitowała:
„ wtyczka pana Franciszka nie pasuje do mojego gniazdka”.
Przed egzaminem z histologii dobrze było pooglądać preparaty. Użyczał ich z dobrego serca i za skromną opłatą właśnie pan Franciszek. Wybrałem się więc do Zakładu Histologii do pana Franciszka. Zadzwoniłem. Drzwi otworzyła mi sama Pani Profesor. Zdębiałem. Musiałem z nietęgą miną wyksztusić:
„ przepraszam panią Profesor, ale może pani poprosić pana Franciszka?”
Teraz mamy rozbuchaną demokrację i dla Waszych wnuków, nie byłoby sprawy. W roku 1958 sprawa była.

**
Najwięcej wspomnień mam związanych z Panem Profesorem Bronisławem Giędoszem. To był prawdziwy postrach. Fama głosiła, że trzeba nie tylko chodzić na wszystkie wykłady, ale także siedzieć gdzieś blisko Profesora i możliwie na tym samym miejscu. Organizowaliśmy zatem dyżury. Dyżurny miał przyjść na wcześniejszy wykład w danej Sali i zająć miejsca dla kilku osób. Drugim zadaniem dyżurnego było obronić zajęte miejsca przed hordą nieuprawnionych kolegów.

Akurat mój dyżur ( jak często) wypadał na sali wykładowej na Fizjologii. Wysłuchałem wcześniejszego wykładu, obroniłem zajętych miejsc przed nieuprawnionymi, a było to wspaniałe miejsce w pierwszej ławce tuż przy przejściu, gdy wydarzyło się nieszczęście. Sala była już nabita do ostatniego miejsca, profesor Giędosz mógł wejść w każdej sekundzie, gdy nagle wykwitła mi przed nosem zgrabna kibić Hanki Marchlewskiej. Znała mnie z Zakładu Chemii Fizjologicznej, gdzie obydwoje pracowaliśmy na woluntariacie. W tej Sali, w której nie było nawet czym oddychać poprosiła:
”Marek; znajdź mi jakieś miejsce!”
W ostatecznej desperacji wybiegłem z sali, poszedłem do woźnego i poprosiłem go na wszystkie świętości, żeby dał mi jakieś krzesło. Dał mi dość spory fotel. Kiedy wkroczyłem z nim na salę profesor już wykładał. Ułożyłem fotel w przejściu, Hanka zasiadła w właściwym sobie wdziękiem, założyła nogę na nogę i słuchała. SŁUCHAŁA, uważacie, a nie pisała! My wszyscy pisaliśmy z gorliwością benedyktynów. Hanka nie, bo i po co? Tego już Profesor nerwowo nie wytrzymał. Dotychczas stał do nas praktycznie tyłe, a nagle odwrócił się do Hanki i wściekły zapytał: „Pani z ministerstwa?” Hanka wstała i grzecznie odpowiedziała: „nie, z biologii.” Cała sala zawyła ze śmiechu (pamiętacie ten epizod?), a ja myślałem, że dostanę zawału.

Na następnym wykładzie, Profesor powiedział: „Panie, panie. Jak pan sobie na wykład narzeczoną przyprowadzasz, to postaraj się pan dla niej o jakieś miejsce, a nie te cyrki wyprawiać”. Starałem się wytłumaczyć, że to nie narzeczona, ale koleżanka, ale moje nędzne wyjaśnienia zagłuszaliście tubalnym śmiechem.

Stale na wykładach siadałem w pierwszej ławce, a Profesor machał kijaszkiem i podkreślał ” Pisz pan, pisz pan. To ważne” To było adresowane do mnie. Wstałem i zapewniłem; Już zapisałem panie profesorze. Profesor Giędosz się żachnął i cała swoją osobą udawał wielki znak zapytania. Czułem się w obowiązku wyjaśnić: „Ja stenografuję Panie Profesorze! „ sala znów wybuchła gromkim śmiechem.

Sami rozumiecie, że wchodząc do gabinetu Profesora miałem pewną tremę. Siadając zwróciłem uwagę na piękny stojący zegar, który akurat wydzwonił pełną godzinę. Jedno z zadanym mi pytań pamiętam do dziś:

Czy ceruloplazmina występuje w moczu. Nie, A dlaczego, bo białka nie podlegają filtracji w kłębuszku nerkowym.

W pewnym momencie Profesor poprosił o indeks. Oniemiały zobaczyłem w nim notę: bardzo dobrze. Zegar wydzwonił kwadrans. Pomyślałem- i nadal tak sądzę, ze mam niepobity rekord długości trwania egzaminu z patologii. Profesor bardzo lubił długo pytać.





Ulica Kopernika

Na poiudniowy wschód od Kleparza, rozciągało się przedmieście Wesoła. Główną oś przedmieścia, a potem dzielnicy, wyznacza biegnąca w kierunku Mogiły ulica Kopernika. Interesująca ze względu na cenne zabytki i gęsto wysadzana drzewami, należy do najpiękniejszych ulic Krakowa. Rytm biegu ulicy wyznaczają kościoły. Pierwszy z nich to szczycący się dwunastowieczną metryką kościół kolegiacki pod wezwaniem Św. Mikołaja. Z budowli romańskiej pozostały tylko niewielkie fragmenty murów, odsłonięte spod tynku na północnej ścianie prezbiterium, które częściowo zachowało też formy gotyckie. Reszta budowli pochodzi głównie z drugiej połowy XVII wieku. Architektura jest zresztą dość prowincjonalna, szczególnie fasada, będąca nieudolną interpretacją typu II Gesù. Pełne uroku jest otoczenie, pomimo bliskiego sąsiedztwa toru kolejowego. Na dawnym cmentarzu parafialnym stoi niezwykle rzadki zabytek, tzw. latarnia zmarłych - ozdobna gotycka kolumna, przeniesiona tu z dziedzińca szpitala Św. Walentego na Kleparzu, przeznaczonego dla trędowatych. W kościele znajdują się barokowe ołtarze i stalle, a także późnogotycki poliptyk.

Powiększ
Szpital Uniwersytecki w Krakowie

Kilkadziesiąt metrów dalej, już za wiaduktem kolejowym, wznosi się monumentalna bryła kościoła Jezuitów, zbudowanego w latach 1909¬1921 według projektu Franciszka Mączyńskiego. Zarówno jej architektura, jak dekoracja i wyposażenie - m.in. monumentalne rzeźby Xawerego Dunikowskiego, ołtarze Karola Hukana i polichromia Jana Bukowskiego - należą do najcenniejszych w Polsce przykładów nowoczesnej sztuki religijnej.

Kolejna budowla sakralna Wesołej to kościół pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NPMarii wraz z klasztorem Karmelitów Bosych, później przekształconym na szpital Św. Łazarza. Kościół powstał w latach 1634-1680 i prezentuje typ określony przepisami budowlanymi zakonu: krótki dwuprzęsłowy korpus złożony z nawy z kaplicami i chór zakonny oddzielony od reszty kościoła. W detalu architektonicznym fasady i wnętrza występują formy nieco prymitywne, odmienne od szlachetnej kamieniarki dzieł kręgu Trevana. Najpiękniejszy fragment wyposażenia kościoła to ołtarz główny z czarnego marmuru, o rozbudowanej kompozycji przestrzennej, tworzącej strukturę niemal niezależną od całości wnętrza.

Przy ulicy Kopernika znajduje się wreszcie kościół pod wezwaniem Św. Teresy i klasztor niezwykle surowego zakonu karmelitanek bosych. Kościół zbudowany na planie krzyża greckiego, z fasadą w formie wielkoporządkowej aediculi, o dynamicznym późnobarokowym rysunku detalu, powstał w latach około 1720-1732 i jest dziełem Kaspra Bażanki. Prowincjonalny poziom wykonania dowodzi jednak, że wybitny architekt, dostarczywszy projekt nie brał już udziału w jego realizacji.

Założenie w roku 1788 szpitala Św. Łazarza na Wesołej dało początek wielkiemu zespołowi klinik uniwersyteckich, których budynki, często o monumentalnej architekturze z drugiej połowy XIX wieku, stanowią większość zabudowy ulicy Kopernika. Przy końcu ulicy znajduje się jeszcze jedna placówka uniwersytecka - obserwatorium astronomiczne, wzniesione w latach 1784-1788 według projektu Stanisława Zawadzkiego i Feliksa Radwańskiego. Za obserwatorium, które dzięki pięknemu położeniu i eleganckiej architekturze przypomina neoklasyczną willę, rozciąga się ogród botaniczny również pamiętający czasy Kołłątajowskiej reformy uniwersytetu. W cieplarniach i na wolnym powietrzu rosną tu wszelkie spotykane w Polsce gatunki roślin, a także wiele rzadkich okazów flory egzotycznej. Jest to również piękny, zaciszny park ze starymi drzewami ocieniającymi kręte alejki, wiosną i latem pełen barwnych, rzadko spotykanych kwiatów.